Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bielenda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bielenda. Pokaż wszystkie posty

20:57

Kosmetyki do pielęgnacji twarzy

Kosmetyki do pielęgnacji twarzy

Hej! 
Jako że spodobał Wam się mój ostatni kosmetyczny wpis, postanowiłam iść za ciosem i przygotowałam coś nowego. Tym razem skupiam się na kosmetykach, które goszczą/będą gościły w mojej codziennej pielęgnacji twarzy. Jest tego trochę, ale używam tych produktów zamiennie, żeby potem wybrać te najlepsze. 


Najpierw różowe kosmetyki, czyli kolejno krem różany z Bielendy, płyn do demakijażu Alterra, olejek różany do mycia twarzy także z Bielendy i na koniec dwufazowy płyn do demakijażu oczu z Evree. Póki co wypróbowałam tylko płynu z Alterry oraz olejku różanego. Sprawdzają się dobrze. Płyn ładnie domywa oczy, nie podrażnia ich oraz nie wysusza skóry dookoła. Olejek zaś pięknie pachnie i dobrze radzi sobie z pozbyciem się wszelkich podkładów. Tak jak poprzednik nie wysusza skóry ani nie podrażnia jej. 


Serum do twarzy z Lab One dostałam na Meet Beauty od sklepu Naturals Pharm. Polubiłam się z nim od pierwszego użycia. Stosuję go na noc i na dzień, bo fajnie nawilża skórę i nie pozostawia tłustego filmu. Wydaje mi się, że poprawił się też lekko stan mojej cery. Jest wyposażony w pompkę, a takie rozwiązanie pasuje mi najbardziej. Za jedyny minus uważam jego konsystencję. No i cenę... Kosztuje aż 260zł.
 

Kremy marki Kosmetyki Dla już Wam przedstawiałam. Jeśli chodzi o specyfik na dzień, to lekko zmieniło się moje zdanie na jego temat. I to na lepsze. Przy dłuższym stosowaniu faktycznie zauważyłam efekty. Teraz stosuję go tylko na brodę, bo ten obszar stanowi dla mnie największy problem. 
Krem z Alterry kupiłam pod wpływem opinii innych. Znalazłam na grupie informację, że produkty tej firmy znikają z Rossmanna, a potem, że krem z wyciągiem z winogronu jest warto polecenia. Pobiegłam więc od razu do sklepu i tak zaczęła się nasza znajomość. Czy faktycznie zrobił na mnie dobre wrażenie? Jak najbardziej! To idealny krem na dzień. 


Maseczki standardowo stanowią dopełnienie pielęgnacji. Stawiam na cztery wypróbowane, czyli Rival de Loop, Bielendę, Ziaję i Dermaglin. Uwielbiam je. Naprawdę, mając maseczkę na twarzy najbardziej się odprężam. A poza tym cieszę się potem odświeżoną, oczyszczoną i nawilżoną skórą. 


Na koniec dwa kremy. Z Barwą znam się dobrze. Przez długi czas stał na czele mojej listy. Potem chciałam wypróbować coś innego i rozstaliśmy się na dwa lata. Mam nadzieję, że jego formuła nie uległa zmianie i, że znowu będę zadowolona z efektów. 
Krem z Bandi to dla mnie nowość i nie mogę się doczekać, kiedy go użyję. Zdam Wam dokładną relację, co myślę na jego temat. 

To by było wszystko. Znacie te produkty? Lubicie, czy wprost przeciwnie? Dajcie mi znać.
Chętnie poznam Wasze zdanie. 

Pozdrawiam serdecznie!

00:10

Styczniowe denko

Styczniowe denko

Witam się z Wami w nowym wpisie.
Denko stanowi na moim blogu zdecydowaną mniejszość, a wszystko przez to, że u mnie w domu (czytaj: moja siostra) raczej napoczyna się nowe kosmetyki, bez uprzedniego zdenkowania poprzednich. Tym sposobem na wannie stoją już trzy żele, dwa szampony i masa innych.
Dziś przedstawiam Wam drobne zużycia ostatnich tygodni i ich krótkie recenzje.
 

Zacznijmy od szamponów - one akurat schodzą jak woda i nie ma w tym nic dziwnego, bo dzielę je z dwiema innymi paniami :) Na zdjęciu widzicie Nivea Diamond Gloss, Garnier Ultra Doux i Dove.

Do szamponów Nivea mam pewien sentyment, bo jako nastolatka korzystałam w zasadzie tylko z nich. Produkt domywa włosy, nie podrażnia skóry głowy, nie wywołał u mnie żadnego łupieżu. Nie widziałam też, żeby jakkolwiek obciążył moje i tak ciężkie włosy. Czy sprawił, że zaczęły lśnić? No nie bardzo. Innego dodatkowego efektu także nie wywołał. Po prostu sprawił się jako środek czyszczący i moim zdaniem wystarczy, bo właśnie tego oczekuję od szamponu.

Szampon Garnier Ultra Doux spełnił w zasadzie to samo zadanie co jego poprzednik. Muszę jednak dodać, że włosy po jego użyci faktycznie były przyjemnie miękkie i jakieś takie bardziej posłuszne. Nie zauważyłam natomiast, aby zwalczał częste przetłuszczanie się włosów.

Na koniec jeden z moich hitów, czyli szampon z Dove. Miałam sporą przerwę, od kiedy użyłam go po raz ostatni. Myślałam, że może coś się zmieniło (i to na gorsze), ale uf... Dove nadal ma to samo świetne działanie. Wydaje mi się, że po jego użyciu włosy są w wyraźnie lepszej kondycji, odżywione, błyszczące, po prostu ładne. Ja się nim zachwycam.


Żel Le Petit Marseillais to mój mały "skok w bok". Chciałam sprawdzić coś innego niż tylko Isanę, więc postawiłam właśnie na ten jakże popularny i wychwalany żel. I teraz w końcu rozumiem, czemu wzbudza on taki zachwyt. Naprawdę pięknie pachnie, jest wydajny, dobrze się pieni i pielęgnuje naszą skórę.

Żel z Isany marakuja i kokos to następna wersja zapachowa mojego ulubionego produktu, więc daruję sobie zbędny komentarz. Żele z Isany mnie nie zawodzą i uwielbiam do nich wracać.

CThru to także kosmetyk kupiony na próbę. Z nim także się polubiłam. Za jego wielki atut uważam zapach, cenę, fajna konsystencję i to, że w żaden sposób mnie nie uczulił. Myślę, że warto po niego sięgnąć jeśli szukacie czegoś nowego.


Nie zabrakło też czegoś do demakijażu, gdyż ten obszar jest dla mnie najważniejszy.

Mleczko z BeBeauty (znajdziecie je w Biedronce) nie zachwyciło mnie zbytnio. Średnio radzi sobie z oczyszczeniem twarzy z makijażu. Musimy czynność powtórzyć kilka razy, aby uzyskać pożądany efekt czystej cery. Postawiłam sobie za cel wykończyć go i wreszcie się udało. Jest to w prawdzie kosmetyk za drobne pieniądze, ale nawet tych kilku złotych nie warto na niego przeznaczyć.

Płyn do demakijażu oczu firmy Marion z kolei całkiem przypadł mi do gustu. Nie jest idealny, bo musimy go trochę zużyć, aby pozbyć się resztek tuszu, czy eyelinera, ale nadrabia tym, że abdolutnie nie podrażnia oczu.

Żel do mycia twarzy marki Biały Jeleń to póki co jeden z moich hitów w tej kategorii. Dobrze oczyszcza, ale zarazem nie podrażnia ani nie przesusza cery. Jest to kosmetyk hipoalergiczny, więc nawet osoby ze szczególnie wrażliwą skórą mogą go spokojnie stosować. Brak zapachu akurat w jego przypadku uważam za zaletę, bo wiem, że za przyjemną wonią często idą w parze też pewne negatywne aspekty, o których tu nie ma mowy.


Tych kosmetyków nie będę rozdzielać. Obydwa dezodoranty bardzo lubię. Zapewniają świeżość przez cały dzień (czy przez 48 godzin niestety nie wiem ;)). Gwarantują komfort nawet w trakcie ćwiczeń, bo faktycznie blokują nieprzyjemny zapach. Nie tworzą na skórze białego proszku i nie brudzą też ubrań. Nie podrażniły mnie w żaden sposób nawet zaraz po depilacji.


Na koniec drobne zużycie z kolorówki.

O podkładzie z Bielendy już wspominałam wielokrotnie np TUTAJ.

Tusz z Lovely przypadł mi do gustu na tyle, że z pewnością zaopatrzę się w niego w trakcie kolejnej promocji w Rossmannie, bo spisuje się bomba. Pięknie podkreśla rzęsy, wydłuża je, wyczesuje, a efekt utrzymuje się bardzo długo. Nie mam problemu z jego zmyciem np. przy pomocy płynu Marion. Uwielbiam go szczególnie za wygodną w użyciu szczoteczkę. Chyba zostanie ze mną, bo niestety niektórych tuszy nie jestem w stanie zużyć właśnie przez okropną szczoteczkę.

Tusz z Miss Sporty również zaliczam do dobrych, tanich kosmetyków dostępnych w Rossmannie, ale nie tak fajnych jak jego poprzednik.

Matowa pomadka w kredce z Golden Rose to mój hit nad hitem! Uwielbiam to, jak pięknie szminka rozprowadza sie na ustach, uwielbiam ją za pigmentacje, za trwałość, za matowe wykończenie, no po prostu za wszystko. Gdybym miała wybrać jedną szminkę, której używałabym do końca życia, to mój wybór z pewnością padłby na nią. Ma też niestety mały minusik - jest jej zdecydowanie za mało w tej kredce :(

To by było wszystko jeśli chodzi o moje zużycia. Napiszcie mi proszę koniecznie, jak u Was spisały się wspomniane przeze mnie kosmetyki :) Ciekawa jestem, czy mamy takie samo zdanie, czy zupełnie różne.

Pozdrawiam serdecznie!

23:48

Recenzja podkładów

Recenzja podkładów

Hej!
Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić moją drobną kolekcję podkładów. Ta piątka towarzyszy mi na co dzień od dłuższego czasu, więc myślę, że mogę się z Wami podzielić opinią na ich temat.


Pokład Maybelline Affinitone długo był moim ulubieńcem. Zapewnia najlepsze krycie, ma idealny dla mnie kolor. Uwielbiam w nim to, że nie zapycha i jest lekki. Spisuje się nawet w te dni, kiedy ciężko mi spojrzeć w lustro. Czy zapewnia nawilżenie? Polemizowałabym z tym. Nie lubię też jego niesamowicie rzadkiej konsystencji. Kilka razy przez nieuwagę pobrudziłam nim ubrania i podłogę, ale mu to wybaczam.

Rossmann, Natura, Hebe, sklepy internetowe/ 25zł
 

Podkłady Catrice cieszą się sporą popularnością w Internecie, więc w końcu i ja po niego sięgnęłam. Czy okazał się być taki super? Nie do końca. Owszem, daje całkiem dobre krycie, nie działa negatywnie na moją skórę, ale porównałabym go poziomem do tańszej Bielendy. Bardzo lubię w nim to, że ma pompkę. To najwygodniejsze rozwiązanie. 

 Natura, sklepy internetowe/ 27zł


Bielenda to mój debeściak wśród kosmetyków za kilkanaście złotych. Ładnie wyrównuje kolor skóry, kryje też na poziomie przynajmniej zadowalającym, trzyma się całkiem długo bez poprawiania. Uwielbiam go za kolor i konsystencję. Mamy niby trzy odcienie do wyboru, ale moim zdaniem one w zupełności wystarczają, bo ładnie dopasowują się do naturalnego koloru cery.

Rossmann/18zł


O nim rozpisywałam się we wpisie odnośnie kosmetycznych ulubieńców grudnia. Fajny kosmetyk w fajnej cenie. Ładnie wygląda na buzi, wyrównuje kolor oraz zakrywa drobne niedoskonałości. Do wyboru mamy cztery odcienie, więc na pewno każdy dopasuje je dla siebie. Jest to chyba najlepszy podkład za kwotę 10zł.

Natura/10zł


Podkładu Kobo używam głównie w słoneczne miesiące, kiedy chcąc nie chcą moja cera delikatnie ciemnieje. Wybrałam najjaśniejszy odcień, ale niestety i tak nie pasuje. Całkiem dobrze kryje, ale niestety należy do ciężkich podkładów. Po kilku godzinach towarzyszy mi uczucie, że jestem po prostu brudna na twarzy. Należy go też ostrożnie nakładać na twarz, bo łatwo o efekt maski.

Natura/? 

To by było tyle, jeśli chodzi o podkłady, które obecnie mi towarzyszą. Znacie któryś? Co o nich myślicie? Sprawidziły się u Was, czy wprost przeciwnie? Czekam na Wasze opinie :) 

Pozdrawiam serdecznie!

14:48

Różowo mi, czyli recenzja olejku różanego z Bielendy

Różowo mi, czyli recenzja olejku różanego z Bielendy

Hej!
Czuję, że grudzień minie mi pod znakiem recenzji, ale naprawdę uzbierałam całkiem ciekawe grono kosmetyków, o których chciałabym Wam napisać :)
Dzisiaj w roli głównej olejek różany od Bielendy, czyli maleństwo, które dało mi masę radości. Już tłumaczę dlaczego. Bielenda często organizuje na swoim fanpage testy kosmetyków. Każdy z nas może się do nich zgłosić, wystarczy podać dane i odpowiedzieć na pytanie, dlaczego to akurat my idealnie nadajemy się na rolę testera. Mnie się raz poszczęściło i tym oto cudem trafił do mnie ten produkt.


Ta urocza, różowa buteleczka mieści w sobie 15ml olejku różanego. Zawartość pachnie obłędnie i co ważne, cudowna woń róży utrzymuje się przez długi czas. Produkt miał za zadanie nawilżać, łagodzić i zmiękczać. Czy faktycznie tak działał?
Dobrze radził sobie zarówno z nawilżeniem mojej skóry, zwłaszcza teraz, gdy jest najbardziej narażona na przesuszenia, jak i łagodził wszelkie zaczerwienienia czy podrażnienia skóry. Muszę też przyznać, że skóra faktycznie jest delikatna w dotyku.
Być może nieco zniechęci Was pojemność kosmetyku, ale uwierzcie, że starcza on na spokojnie na 2 miesiące. 3 krople w zupełności wystarczą na twarz, szyję i dekolt.


Do kosmetyku dołączono pipetę i jest to chyba najlepsze rozwiązanie. Nabieramy dzięki niej wystarczającą ilość kosmetyku. Postanowiłam też zostawić ją, gdyż przyda mi się przy innych olejach. Aż sama się sobie dziwię, że dopiero teraz doceniłam ten sposób aplikacji.

Podsumowując: 

+dostępność (wszelkie drogerie)
+cena (około 20zł)
+nawilżenie
+wydajność
+zapach
+obecność witamin C+E
+aplikacja

Używałyście już tego kosmetyku? A może posiadacie coś innego z tej serii? 
Pozdrawiam!

11:30

Ulubieńcy października

Ulubieńcy października

Hej Kochani!
Pożegnaliśmy październik, przywitaliśmy listopad, więc najwyższa pora przedstawić Wam moich ulubieńców :) Przedstawię Wam głównie moje absolutne nowości, które bardzo przypadły mi do gustu. Znajdzie się coś do twarzy, coś do włosów i ciała. Nie przedłużam już i zapraszam do dalszej części wpisu.


Odżywka Radical w sprayu do włosów suchych i łamliwych - produkt w dobrej cenie i świetnym działaniu. Posiada w swoim składzie naturalny ekstrakt z kiełków pszenicy, skrzyp polny, aloes, keratynę i inutec. Stosuję ją już około półtora miesiąca, a zużyłam dopiero połowę. Jest bardzo wydajna. wystarczy niewielka ilość kosmetyku, aby pokryć nią całe włosy. Czy pomogła mi z moim głównym problemem, jaką jest suchość i łamliwość włosów? Tak. Nie jest to olbrzymia zmiana, ale też nie od razu Rzym zbudowano. Włosy są w wyraźnie lepszej kondycji, łatwo się rozczesują, zauważyłam też, że zdecydowanie mniej ich wypada. Co jeszcze mogę pochwalić? To, że nie obciąża włosów ani nie przyspiesza ich przetłuszczania się.

Marion: Jedwabna kuracja - ta mała buteleczka zawiera po prostu jedwab do włosów. Używam do od czasu do czasu na końcówki. Zawsze rozprowadzam w palcach jedną pompkę i wcieram kosmetyk w końcówki. Dzięki temu wyglądają pięknie i zdrowo.
  

Wazelina do ust - długo szukałam czegoś idealnego do ust. Nie wiem, co mi się stało, ale mam okropny problem z suchością ust. Co chwilę też pękają w kącikach i brzydko odstają suche skórki. Ratowałam się 4 innymi produktami, ale niestety nie dawały takiego efektu jak właśnie produkt od Vaseline. Dzięki niemu choć na chwilę mogę zapomnieć o tym małym problemie. Jego minusem jest niestety aplikacja - kosmetyk nakładamy na usta palcem, co dla mnie jest mało wygodne.

Podkład Maybelline Affinitone - uwielbiam go. Pięknie wygląda na twarzy, kolor idealnie pasuje do naturalnego odcienia mojej cery, nie powoduje uczucia zatykania skóry, nie wysusza i co najważniejsze, utrzymuje się stosunkowo długo i po kilku godzinach nie mam takiego wrażenia, że jestem brudna na twarzy. Przyczepię się do jego konsystencji. Jak dla mnie jest trochę za rzadka. Z tubki wydobywa się często za dużo produktu, który spływa po moich palcach na podłogę, czy ubrania.


Żel Le Petit Marseillais - obłędny zapach, idealna konsystencja. Ten produkt zamienia zwykłą kąpiel w podróż na piękne pole pełne kwiatów. Kosmetyk dobrze się pieni, nie potrzeba go dużo, aby wyszorować całe ciało. Najważniejsze jednak jest dla mnie to, że nie wysusza i nie uczula skóry.


Szczoteczka do mycia twarzy to drobiazg, na którymi skusiłam się spontanicznie podczas któreś promocji w Rossmannie. Czytałam na kilku blogach, że fajnie się sprawdza i niczym nie ustępuje swoim droższym odpowiednikom. Stwierdziłam, że się skuszę i sprawdzę, czy ten sposób oczyszczania twarzy przypadnie mi do gustu i... tak się stało. Mycie twarzy tą szczoteczką przypomina przyjemny masaż. Wydaje mi się też, że zdecydowanie lepiej oczyszcza skórę z makijażu itp, bo cały proces wieczornej toalety zajmuje mi mniej czasu.

Bielenda: Olejek różany - to mój absolutny hit. Używam go codziennie wieczorem i zauważyłam poprawę kondycji mojej skóry, jest zdecydowanie lepiej nawilżona. Sam olejek pięknie pachnie, ale też jego zapach nie ulatnia się na skórze. Jeszcze rano, po przebudzeniu czuję delikatną woń róży. Buteleczka jest niewielka, ale na jedną aplikację wystarczą nam dwie krople, więc uwierzcie, że będziecie się cieszyć tym cudem przez długi czas.

Na koniec płyn do demakijażu oczu firmy Marion - pięknie usuwa makijaż (sprawdza się lepiej niż tak często wspominany przeze mnie płyn z Ziaji), nie podrażnia oczu, ale też nie wysusza delikatnej skóry wokół nich. Świetnie radzi sobie też z mocniejszym makijażem oka. Zbiera pięknie wszystko na wacik, bez rozmazywania np. tuszu po powiece. Z tego co pamiętam, jest też bardzo tani. Można go kupić za 5 czy 6zł.

To by było na tyle, jeśli chodzi o moich ulubieńców. Druga część, którą nazywałam "Coolturalną trójką" pojawi się wkrótce :) Napiszcie mi koniecznie w komentarzu, czy znacie wymienione przeze mnie kosmetyki, jak się u Was sprawdziły i co podbiło Wasze serca w październiku.

Pozdrawiam ciepło i do kolejnego wpisu!

14:29

Ulubieńcy września

Ulubieńcy września

Sama nie wiem kiedy dotarło do mnie, że wrzesień już się skończył. Ten miesiąc jakoś mi się rozmył. Niby zaliczyłam kilka przyjemnych dni, ale większość stanowiła bezkształtną masę.
Tym razem w ulubieńcach zobaczycie więcej niekosmetycznych rzeczy. Starałam się notować wpisy, które przypadły mi do gustu czy vlogi na youtubie i chcę się dzisiaj tymi moimi spostrzeżeniami z Wami podzielić :)


Najpierw skupię się na kosmetykach. Takim moim hitem jest bez wątpienia krem do mycia twarzy. Świetnie ją oczyszcza, ma w sobie delikatne drobinki, które lekko peelingują cerę, a co najważniejsze nie pozostawia jej ściągniętej i podrażnionej. Dla mnie bomba!
Po drugie tonik z Ziaji z nagietkiem. Używam go rano i wieczorem i muszę przyznać, że fajnie działa. Sprawia, że cera jest nawilżona i odświeżona.


Podkład z Bielendy ceni sobie masa osób i ja je rozumiem. Podkład fajnie kryje, nie jest ciężki, kolor dopasowuje się do naszej cery. Bez problemu nałożymy go gąbką czy palcem. Nie wałkuje się i nie tworzy efektu maski. Poza tym ładnie pachnie :) A to wszystko za około 10zł.
Cień z wet'n'wild to także małe cudeńko. To maleństwo jest pięknie napigmentowane. Nie potrzeba go dużo, aby uzyskać na powiecie ciemny odcień niebieskiego.
Na koniec przy kolorówce muszę wspomnieć o szmince z Avonu :) Sama jeszcze nie wiem, czy jest na ocenę bardzo dobrą, czy niedostateczną, a pojawia się tutaj dlatego, że jest prezentem od Puszka :) Dominika doskonale zna moją małą słabość dotyczącą szmineczek i kupiła mi nową.


Perfumy Green Tea Elizabeth Arden chodziły mi po głowie od mniej więcej trzech miesięcy. Uśmiechałam się do nich podczas każdej wizycie w drogerii, ale cały czas odkładałam zakup, bo przecież mam jeszcze zapachy w domu, więc na co mi kolejny. Na szczęście Marcin wziął sprawy w swoje ręce i po prostu mi je sprezentował.


 Moim wrześniowym hitem jest też kawa cappuccino o smaku Milki. Jest przepyszna! :) Kupiłam ją na targu w Kutnie i pewnie będę co jakiś czas tam wracać, żeby uzupełnić zapasy, bo ranek z nią staje się przyjemny.
Chcę Wam też opowiedzieć trochę o książkach. W tym miesiącu słabo mi szło, bo zaczęłam dwie i jakoś nie mogę ich skończyć. Przez powieść "Szklane gejsze" przebrnęłam już w sierpniu, ale jakoś zapomniałam o niej wspomnieć, więc pojawia się dzisiaj. Myślałam, że będzie to historia pełna mocnych opisów, ale się pomyliłam. Łączy w sobie kryminał, dramat, ale pokazuje też kulturę Japonii, opisuje panujące tam normy, które u nas uchodziłyby za nieodpowiednie. Czytało się ją szybko i przyjemnie.
Drugą historię zaczęłam niedawno i jeszcze nie znam jej końca, ale na chwilę obecną mogę napisać, że także jest napisana przyjemnym stylem, który pomaga pochłonąć książkę w kilka wieczorów. Wątek kryminalny wciąga i ciężko jest mi ją odłożyć przed snem, bo chcę wiedzieć, co się stanie za chwilę. Trochę się jej bałam, bo kosztowała... 5zł, jednak okazało się, że zupełnie niepotrzebnie.

A teraz coś ze świata Internetu :) Moim ulubionym kanałem (nie tylko we wrześniu, ale ogólnie) jest bez wątpienia ten prowadzony przez duet Kasia i Justyna, czyli... LGS. Uwielbiam to, że wszystkie ich filmiki są super dopracowane, podziwiam je za montaż, chyba najlepszy na youtubie, ale też to, że sprawiają wrażenie takich normalnych kobiet, z którymi można się wybrać na piwo, czy do kina :)

Drugi kanał poznałam już konkretnie we wrześniu i należy on do Coco Collection. Nie oglądam wszystkich vlogów, tylko te daily, bo jakoś głównie mnie interesują. Relacje z wydarzeń, kuchnia i codzienność, znajduję tam wszystko :) A przy okazji trochę włoskich nut i urocze kociaki.

To by było na tyle moi mili :) Niby dużo rzeczy Wam nie pokazała, ale tradycyjnie musiałam się rozpisać.
Co znalazło się w Waszym kręgu ulubieńców? 
Pozdrawiam serdecznie!

17:36

Ulubieńcy sierpnia

Ulubieńcy sierpnia

Hej!
Standardowo na koniec miesiąca zbieram dla Was wszystko to, co umilało mi ostatnie 30 dni :)
O ile na początku, kiedy zaczynałam tą serię, było mi ciężko zmobilizować się do tego, żeby odpowiednio przygotować się do tego wpisu, tak teraz nie wyobrażam sobie, że miałabym ulubieńców porzucić.


Na pierwszy rzut idzie olejek, o którym kiedyś już pisałam w tym wpisie. Kilka tygodni temu przemogłam się i zaczęłam w miarę regularne używanie olejku do ciała. Czy działa ujędrniająco, niestety nie wiem, ale fajnie działa na skórę. Daje mi taką dawkę odświeżenia.

W ciepłe dni nie mogło u mnie zabraknąć mocnego kremu z filtrem. Niestety jestem posiadaczką kilku znamion, które wedle porady dermatologa muszę zasłaniać jak nie plastrem, to właśnie sporą dawką kremu ochronnego.


Jak co miesiąc musi się tutaj pojawić również żel pod prysznic i o dziwno nie jest to nic z Isany. Tym razem mój ideał wyprodukował Avon :)

Sole do kąpieli są dla mnie taką namiastką spa. Wsypuję odrobinę do wody i mam wrażenie, że kąpiel staje się jeszcze bardziej relaksująca. W dodatku ta pochodzi z mojego ukochanego Ciechocinka i pięknie pachnie :)

Na koniec coś od Babuszki Agafii. W tym małym opakowanku zamknięto balsam do włosów o leśnym zapachu. Używałam go tylko kilka razy, ale fajnie wpływa na włosy. Po użyciu są miękkie, łatwo się rozczesują i wyglądają na zdrowsze. Jeśli chodzi o zapach, to jest intensywny i raczej nie przypadnie każdemu do gustu.


Czarny lakier z Sally Hensen jest póki co ideałem w mojej kolekcji. Szybko schnie i co najważniejsze... jest trwały. Utrzymuje się 4-5 dni i uważam to za świetny wynik. Dobrze też kryje. Wystarczą dwie warstwy, żeby uzyskać głęboką czerń.

O tuszu curling Pump up też jest wspominałam, dlatego odsyłam Was tutaj


"Masz przyjaciela" to druga część bestselleru "Jedź, módl się, kochaj". Historię mogę nazwać przyjemną, idealną do pochłonięcia na leżaku w ciepły dzień :)

Kuchnia niskotłuszczowa to z kolei niewielka książeczka z masą ciekawych przepisów w środku. Kilka z nich wypróbowałam i muszę przyznać, że są proste w przyrządzeniu i wychodzą smacznie :)

Muszę też wspomnieć o piosence, która towarzyszyła mi praktycznie przez cały sierpień, czyli Ain't your mama boskiej J.Lo :) Słuchałam jej w samochodzie, podczas zakupów i w domowym zaciszu. Szybko wpadła mi w ucho.

To by było wszystko Kochani! 
Co znalazło się na liście Waszych ulubieńców? 
Pozdrawiam serdecznie!
Copyright © 2016 Staram się ogarnąć , Blogger