Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubieńcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubieńcy. Pokaż wszystkie posty

20:44

Duże denko z kwietnia

Duże denko z kwietnia

Cześć Kochani!
Późną porą przychodzę do Was z kolejnym denkiem :) Jest ono całkiem spore, ale znalazły się w nim takie produkty, które chcę Wam polecić i takie, które zdecydowanie odradzam. A jeśli wolicie posłuchać, co mam do powiedzenia na ich temat, to zapraszam na mój kanał KLIK.
Zapraszam do dalszej części wpisu.


Najpierw produkty do oczu. Znalazł się wśród nich eyeliner marki Wibo, który cenię sobie od lat. Jest ciemny i stosunkowo trwały. Posiada jak dla mnie bardzo wygodny pędzelek, którym można namalować zarówno cienką, jak i grubszą kreskę. Polecam Wam go.
Dalej mamy odżywkę marki My Secret, która... jest raczej kiepska. Używałam jej w miarę regularnie i nie widziałam większych efektów. Nie zużyłam jej do końca, ale niestety termin minął, więc wylądowała w koszu.
Na koniec hit, czyli słynny już tusz marki Lovely. Chyba nie muszę pisać, za co go lubię, prawda? :)


Dalej korektory, jeden fajny, drugi tragiczny.
Fajny to oczywiście ten marki Catrice. Nie jest najlepszy, ale mogę go określić mianem dobrego. Ładnie krył moje delikatne sińce pod oczami i lekko krył niedoskonałości. W efekcie moja problematyczna buźka wyglądała przyzwoicie, a ja czułam się komfortowo.
Drugi to niestety bubel. Po każdej próbie roztarcia go niestety schodził z twarzy, co za tym idzie nie dawał żadnego krycia. Dawałam mu kilka szans i niestety za każdym razem zawodził.


Mam też kilka pomadek, które pomimo tego, że nie zostały zużyte do końca, musiały wylądować w śmietniku. A czemu? Bo nie spełniały moich oczekiwań. Są niestety nietrwałe, a najgorzej wypada ta pomadka z Bell.


Zużyłam także bazę w perełkach z Bielendy, z którą bardzo się polubiłam. Dawała lekki efekt rozświetlenia skóry, przez co w efekcie moja twarz wyglądała na taką zdrową, wypoczętą i promienną. Poza tym przyklejała do cery wszelkie podkłady i wydłużała ich trwałość. Jest wyposażona w pompkę, a ja uwielbiam to rozwiązanie, bo jest moim zdaniem najbardziej praktyczne.
Podkład z Wibo był na początku okey, ale potem zauważyłam, że zaczął ciemnieć i na skutek tego nie zużyłam go do samego końca. Nie wiem sama, co jest tego powodem. Poza tym cechowało go średnie krycie i trwałość, ale jak na co dzień się sprawdzał.
Do pokładu z Rimmela będę natomiast wracać. Podobało mi się to, jak wyglądał na buzi. Tak naturalnie, świeżo. Nie był ciężki, przyjemnie się go nosiło. Poza tym miał idealny jak dla mnie kolor. Jeśli chodzi o krycie to określam go mianem bardzo dobrego. Trwałość także oceniam na duży plus.


Oczywiście nie może zabraknąć maseczek.
Do maseczek 7th heaven podchodziłam z rezerwą, bo kiedyś jedna okropnie podrażniła mi twarz. Te na szczęście mi tego oszczędziły. Wywoływały na początku takie nieprzyjemne uczucie, ale z czasem ono zanikało. Obydwie lekko nawilżały twarz, zostawiały ją taką... ściągniętą, ale nie w negatywny sposób. Poza tym czarna lekko oczyszczała, bo ma w sobie drobinki ze skorupek orzechów. Jedno takie opakowanie starcza na dwa użycia.
Maseczki z Perfecty są dowodem na to, że jedna marka może zrobić coś fajnego (ta aloesowa) i coś słabego (cytrynowa). Po cytrynowej nie widziałam żadnej różnicy. Nałożyłam ją, zmyłam i nic. Ta aloesowa zaś dała mi takie przyjemne ukojenie, nawilżenie i regenerację skóry. No uwielbiam!


Zużyłam też dwie maseczki z Ziaji, które ogólnie bardzo lubię. Dobrze się u mnie sprawdzają, bo działają lekko jak kremiki, a ta z glinką dodatkowo oczyszcza. Chętnie do nich wracam, bo są także tanie.
Maseczka z Tołpy to dla mnie nowość i z miejsca się z nią polubiłam. Dobrze działa na moją twarz, bo po pierwszym kontakcie nie piecze. Ładnie oczyszcza, po jej zmyciu miałam wrażenie, że moja buzia jest taka... czysta i delikatna.
Ta z Farmony to maseczka super kojąca, łagodząca i nawilżająca. Jak dla mnie jest świetna.


Żel z Oriflame ogólnie wspominam miło. Ładnie pachniał, dobrze mył, nie wysuszał. Był jednak rzadki i niestety mało wydajny. Mimo wszystko myślę, że chętnie bym do niego wróciła.
Żel z Avonu ma extra opakowanie, takie... urocze :3 Niestety buteleczka była taka twarda, że wyciskanie produktu przychodziło mi z trudem. Żel sam w sobie przypadł mi do gustu, ładnie pachniał i sprawdzał się w swojej roli.


Masełko do ciała marki Nacomi to mój hicior ze względu na konsystencję, taką lekką i za zapach. Pachniało obłędnie! Poza tym przyjemnie się wchłaniał, stosunkowo szybko, dzięki czemu z chęcią po niego sięgałam. Jeśli chodzi o samo działanie, było ono zauważalne. Skóra stała się nawilżona, delikatna. Masło nie podrażniało, co jest szczególnie ważne po depilacji.
Żel do higieny intymnej Facelle wspominałam już masę razy, więc powtórzę tylko, że dla mnie jest to produkt GENIALNY!
Tonik z Ziaji również dołączył do grona moich prywatnych petard. Super działa na moją cerę, z jednej strony kojąco, z drugiej nawilżająco. Czuję różnicę, od kiedy zaczęłam go stosować. Zniknęły suche skórki, twarz nie jest wysuszona, czy zaczerwieniona.


Mydła z Isany po prostu lubię, bo pięknie pachną, a poza tym nie wysuszają rąk. Stawiam na nie regularnie, wymieniam tylko zapachy.
Suchy szampon z Isany kiedyś zrobił na mnie wrażenie, bo fajnie odświeżał włosy, nie powodował swędzenia i ogólnie czułam się z nim komfortowo. Tym razem jednak coś mi nie podpasowało, chyba to, jak wyglądał na włosach, bo odświeża w dalszym ciągu dobrze.


Olejki z Pachnącej Szafy to moje małe must have. Pięknie, intensywnie pachną, a jednocześnie nie są męczące. Zapach pomarańczy fajnie mnie pobudzał. To super opcja na rano, żeby się obudzić i od razu naładować pozytywną energią. Olejek starczył mi na kilka użyć i z pewnością do niego wrócę.
Kula do kąpieli nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Ot taka rozrywka przy rozpuszczaniu i nic poza tym. Niestety.


Na koniec dwie maści, które goszczą u mnie bez przerwy od jakiegoś czasu. Przedstawię je dokładniej przy wpisie dotyczącym mojej apteczki.

I to wszystko :) 
Pozdrawiam serdecznie!

19:52

Ulubieńcy kosmetyczni 2017 roku

Ulubieńcy kosmetyczni 2017 roku

Hej wszystkim!
Dzisiaj mam dla Was wpis z moimi kosmetycznymi hitami roku 2017. Wpis będzie stosunkowo zwięzły, bo wybrałam tylko te produkty, po które z pewnością sięgnę znowu, czyli świetne w działaniu i o dobrej cenie. Nie przedłużam i zapraszam do dalszej części wpisu.


Płyn do higieny intymnej jest ze mną już od dłuższego czasu. Używam go czasem jako szamponu (super się sprawdza w tej roli), jako płynu do mycia twarzy (bo ma delikatne działanie) i w skrajnych przypadkach jako żelu do całego ciała. Spisuje się fantastycznie w każdej z tych ról, jest delikatny, nie wywołuje efektu pieczenia czy uczucia dyskomfortu.
Żele Cien poznałam stosunkowo niedawno, ale chętnie przystąpiłam do ich testowania. Żele z peelingiem najlepiej się u mnie sprawdziły, bo ładnie oczyszczały skórę, a przy okazji delikatnie ścierały naskórek. Ten kokosowy zrobił też na mnie wrażenie swoim zapachem. Nie był to typowy kokos, ale ewidentnie coś egzotycznego.


Kolejna rzecz to żel do demakijażu marki Tołpa. Póki co to mój hit w tej kategorii. Zmywa makijaż dokładnie, nawet ten oczu i nie wyrządza przy tym żadnej krzywdy. Ma gęstą konsystencję, więc nie potrzeba go wiele, aby rozprowadzić po całej twarzy.
W roku 2017 poznałam także maski w płachcie marki LomiLomi. Naczytałam się sporo negatywnych słów i bałam się ich użyć na swojej twarzy, ale u mnie sprawdziły się dobrze. Nie podrażniły, nie wysuszyły skóry, nie wywołały efektu pieczenia. Po ich użyciu cera była widocznie nawilżona i odżywiona, a także miękka w dotyku.


Teraz pora na zapachy. Moje serce podbiły perfumy od Joanny Krupy. Pachną subtelnie, ale bardzo ładnie i ich zapach nie ulatnia się szybko. Są świetnie zarówno na dzień, jak i na wieczór. Są takim moim wykończeniem przygotowań do wyjścia.
Poza tym dzięki siostrze polubiłam się z małymi perfumetkami, które zawierają w sobie inspiracje markowych zapachów. Posiadam kilka numerków i jeden z nich noszę ze sobą w torebce. Nie są szczególnie trwałe, ale jeśli w miarę na bieżąco się nimi psiukamy, to zapach osadza się np. na szalu i potem cały czas go czuć.


Jeśli chodzi o pielęgnację ciała to zdecydowanie stawiam na masła do ciała marki Nacomi. Są jak dla mnie najlepsze, bo świetnie nawilżają, mają dobry skład i są wydajne. Na początku ciężko mi było przyzwyczaić się do ich zbitej konsystencji, ale z czasem zaczęłam ją uważać za atut. Kosmetyki mają też ładny zapach, który utrzymuje się na skórze.
Do dłoni z kolei używam kremu marki Biolaven. To już moje drugie opakowanie i z pewnością nie ostatnie. Żaden krem nie daje mi takiej porządnej dawki nawilżenia. Regeneruje popękane dłonie i je nawilża. Wielki plus za wydajność oraz zapach.
 

Pora na moje odkrycia z końca roku. Zacznę od pudru do zębów. Producent obiecuje, że środek ten pomoże wybielić zęby. Używałam go po klasycznej paście do zębów, a czasem jako jej zamiennik, bo puder w połączeniu z wodą zachowuje się jak pasta. Daje ona poczucie świeżości i super oczyszcza zęby. Czy je wybiela? Sama zauważyłam minimalną różnicę. Na pewno usuwa przebarwienia po czerwonym winie.
I znany już chyba wszystkim aloes. Naczytałam się sporo dobrego na jego temat, więc sama w końcu zdecydowałam się spróbować. Używałam go jako kremu do twarzy i muszę przyznać, że dawał sobie radę w okolicach policzków czy brody, ale na czole już poniósł klęskę. Skóra była sucha i taka pozostała. Spisywał się lepiej jako maść punktowa na niedoskonałości. Przyspieszał ich znikanie i mam wrażenie, że delikatnie usuwał przebarwienia.


Na koniec coś z kosmetyków kolorowych. Zacznę od czekoladki I heart Chocolade. Jest moim absolutnym ulubieńcem, bo zawiera bardzo uniwersalne kolory na dzień i na noc. Cienie są fajnie napigmentowane i utrzymują się na powiece w zasadzie przez cały dzień. Poza tym paletka posiada lusterko, co uważam za jej wielki atut.


Inną paletką, ale zdecydowanie mniejszą jest ta od My Secret. Nasycenie tych kolorów jest genialne! Wystarczy jedna warstwa, aby uzyskać super efekt na oczkach. Poza tym długo się trzymają. Same barwy są może średnio codzienne, bo lekko się błyszczą, ale myślę, że połączone z czymś neutralnym mogą dać radę :)
Bardzo lubię też ten róż (rozświetlacz). Ładnie wygląda na policzkach, nadaje twarzy takiego zdrowszego wyglądu. Nasycenie można na spokojnie stopniować.


Na koniec tusz do rzęs od Wibo, o którym z pewnością już wspominałam. Uważam go za jeden z lepszych produktów tego typu, bo ładnie wydłuża i przyciemna rzęsy, nie sklejając ich. Jest to tani produkt, bez którego nie wyobrażam sobie dnia. Jeśli nie planuję makijażu, a nie chcę wyglądać na zmęczona, to po prostu lekko przeczesuję nim końcówki rzęs.
A cały wpis zakończę przyjemną szminką marki Rimmel. Muszę przyznać, że produkty do ust od Rimmel dobrze się u mnie spisują. Mają piękne kolory, są trwałe i nie wysuszają ust. Ta konkretna pomadka ma piękny czerwono-pomarańczowy odcień.

A co podbiło Wasze serca w minionym roku? Znacie zaprezentowane przeze mnie produkty? 
Pozdrawiam serdecznie!

14:35

Ulubieńcy października

Ulubieńcy października

Hej Kochani!
Skończyliśmy #7dni7sukienek, więc zaczynamy tydzień wypełniony kosmetykami. Dzisiaj przychodzę do Was z kilkoma ulubieńcami, a raczej z kosmetykami, które po prostu w porządku się u mnie sprawdziły. Pojawi się kilka nowości, które z przyjemnością powoli zużywałam i kilka już wcześniej omawianych przeze mnie produktów.


Zacznijmy od włosów. W październiku namiętnie używałam szamponu z Dove. Okazał się być wydajny (dotarła do mnie połowa, a i tak starczył na długo), a poza tym dobry dla moich włosów. Nie plątał ich, nie podrażnił skóry głowy, nie wywołał nigdzie uczuleń, ani nie obciążał. Po myciu włosy były przyjemne w dotyku i dobrze oczyszczone.
Maska mari Cosnature trochę czekała na swój debiut, ale w końcu zdecydowałam się po nią sięgnąć. Potwierdziła się rzecz, którą powtarzałam już wcześniej - moje włosy lubią się z awokado. Maska sprawiła, że włosy były miękkie, lśniące i prezentowały się na zdrowsze niż są w rzeczywistości. Maskę bez problemu można spłukać, a włosy po użyciu nie są obciążone. Trzymałam ją różnie. Czasem dosłownie 2 minutki, czasem 20.


Wodę toaletową Beyonce Heat kupiłam spontanicznie. Do tej pory jestem wielką fanką zapachu Heat Rush. Ten wzięłam z ciekawości, jak się u mnie sprawdzi. Zapach jest przyjemny, nie za mocny, idealny właśnie na jesień, ale... nie jest zbyt trwały. Utrzymuje się może ze 2-3 godziny, jednak należy wziąć pod uwagę to, że są to perfumy za mniej niż 20zł.


No i moje trzy ulubione szminki na jesień. Pierwsza to Rimmel, druga Makeup Revolution i trzecia Essence. Dwie pierwsze są typowo bordowe, ta z Rimmel dodatkowo daje lekki błysk na ustach. Ta z Essence utrzymana jest w lekko brązowym kolorze i daje naturalny efekt na ustach. Są raczej średnio trwałe, schodzą podczas jedzenia i picia, ale uważam to za normalny fakt. Nie przesuszają ust i nie podkreślają suchych skórek. Przyznajcie, że ich kolor jest najlepszy na obecną porę roku.


Na koniec maseczka i balsam do ust. Maseczka sprawdziła się u mnie bardzo dobrze, chociaż miałam pewne obawy co do niej. Trzymałam ją około 15 minut, a potem zmyłam przy pomocy gąbeczki. Ten sposób jest jednak najlepszy, jeśli chodzi o usuwanie maseczek z twarzy. Po użyciu cera zostaje delikatna i odświeżona, wydaje mi się też, że poprawia się jej stan nawilżenia. Nie zapycha i nie uczula, no i nie wywołuje efektu pieczenia na ustach.
Po balsam sięgam sporadycznie, głównie przed wyjściem na dwór, kiedy muszę przemieszczać się na pieszo. Lekko natłuszcza i nawilża usta, dzięki czemu nie pękają. Ma lekki, czekoladowy zapach. Co najważniejsze dla mnie, wystarczy cienka warstwa, która nie wygląda źle na ustach. Nie cierpię takiej śliskiej warswy, jaką zostawiają niektóre balsamy.


Znacie przedstawione przeze mnie produkty? Co o nich myślicie?
Pozdrawiam serdecznie!

20:48

Wakacyjny ulubieńcy kosmetyczni

Wakacyjny ulubieńcy kosmetyczni

Hej!
We wrześniu nie pojawili się ulubieńcy, bo w ich miejsce postanowiłam pokazać Wam moje wakacyjne hity. Jest ich dosłownie kilka, bo wybrałam tylko te kosmetyki, którym przyznaję co najmniej 9 punktów na 10 :) Nie przedłużam i zapraszam dalej.


Jeśli chodzi o maseczki to oczywiście lubię poznawać nowości, ale zawsze mam też w zanadrzu te trzy: dwie z Rival de Loop i jedną z Ziaji z szarą glinką. Polecam je Wam serdecznie, bo super wykonują swoją robotę. Dzięki nim kondycja mojej cery wyraźnie się poprawia. Jest nawilżona, oczyszczona i nabiera ładniejszego koloru. Poza tym wszystkie trzy znajdziecie w dobrej cenie.
 

Moje wakacje należały do różanych kosmetyków z Bielendy. Jakiś czas temu kupiłam olejek do demakijażu oraz krem do twarzy. Jeden i drugi produkt spisują się u mnie bardzo dobrze. Olejek dobrze zmywa makijaż czy inne zanieczyszczenia nie podrażniając cery, czy nie wywołując żadnych efektów ubocznych, jak uczulenia, czy krosty. Wystarczają dwie pompki, aby rozprowadzić go po całej twarzy. Poza tym cudownie pachnie! Kremik dobrze nawilża. Jest leciutki i super się wchłania. Nadaje się, aby używać go pod makijaż. Tak jak olejek ma przepiękny, różany zapach.
Serum Lab one opisywałam Wam w oddzielnym wpisie. Znajdziecie go Tutaj.


Kulku Fa to moje absolutne hity. Nigdy mnie nie zawiodły. Gwarantują uczucie świeżości przez cały dzień. Nie wywołują reakcji alergicznych po depilacji, a poza tym są wydajne. Mają delikatny zapach, ledwo wyczuwalny.
Szampony Petal Fresh poznałam jakiś czas temu. Zaczęłam ich używać jakoś w zimę, a potem jakoś o nich zapomniałam. Teraz nastąpił ich wielki powrót. Ich pierwszą zaletą jest odznaka cruelty free. Druga to wydajność. Szampon jest gęsty i nie potrzeba go wiele, aby rozprowadzić na włosach o takiej długości jak np. moje. Producent wyposażył go w zamknięcie z klikiem i jest ono moim zdaniem bardzo wygodne. Szampony pięknie pachną! Po ich użyciu moje włosy były przede wszystkim czyste i lśniące.
Żele z Lidla również poznałam stosunkowo niedawno. Ten z piwonią to mój ulubieniec. Jest tani, pięknie pachnie, dobrze myje i nie uczula. Tylko tyle i aż tyle.
 

Jeśli chodzi o kosmetyki to wyróżniły się tutaj z pewnością moje ukochane matowe szminki z Lovely. Na imieniny planuję kupić sobie 3 nowe kolorki. Dają piękny efekt matu, są trwałe i nie tworzą nieestetycznej skorupy na ustach.
Poza tym poznałam się z eyelinerem z Rimmela i polubiłam się z nim. Jest wyposażony w pisak, którym bez problemu narysujemy cienką i grubą kreskę, która utrzyma się na oku około 5 godzin bez ubytków.
No i na koniec fajny podkład z Wibo. Dawał całkiem przyzwoite krycie, a przy tym nie był ciężki, czyli dobry na upalne dni. Jak na podkład za kilkanaście złotych zrobił na mnie pozytywne wrażenie.

I to wszystko :) A jakie kosmetyki stały się Waszymi wakacyjnymi ulubieńcami? 

Pozdrawiam serdecznie!

10:09

Ulubieńcy kosmetyczni lipca

Ulubieńcy kosmetyczni lipca


Hej!
Tak jak uprzedzałam, bloga na kilka dni zdominują kosmetyki. Dzisiaj chcę Wam pokazać moich ulubieńców, czyli kosmetyki, które szczególnie zapadły mi w pamięć w lipcu. Jest ich nieco więcej niż ostatnio, a powody ku temu istnieją dwa. Po pierwsze lipiec był dla mnie bardziej leniwy, więc miałam więcej czasu na zabawę kosmetykami. Po drugie używam różnych kosmetyków u siebie w domu, w Płocku, no i innych podczas pobytu u Marcina. Znudziło mi się wożenie produktów w tą i z powrotem, więc mam po prostu dwa zestawy rzeczy, których używam.


Najpierw szampony i tak się złożyło, że obydwa są zielone :) Ten z Yves Rocher dotarł do mnie dzięki Dresscloud. Wylicytowałam tam swopa, w którym właśnie znalazł się szampon. Od razu w zasadzie przystąpiłam do testów i... polubiłam się z nim. Szampon nie pieni się wybitnie, ale widzę, że dokładnie oczyszcza włosy. Nie plącze ich i nie podrażnia skóry głowy. Zapach nie jest jakiś wybitny, ale jestem w stanie mu to wybaczyć. Po umyciu włosy są błyszczące i wyglądają po prostu ładnie. Przeznaczony do wszystkich typów włosów.
Szampon Garnier pieni się natomiast fantastycznie, wystarczy niewielka ilość produktu, aby umyć całe włosy. Pachnie pięknie, więc tutaj brawa dla niego. On również nie podrażnił skóry głowy, nie wywołał uczulenia w okolicy szyi.


Coś do ciała, czyli żel pod prysznic o obłędnym, lawendowym zapachu i fantastyczny kawowy peeling do ciała. Obydwa produkty to petardy. Żel Dove właśnie przez swój zapach gwarantował mi niesamowity relaks. Jest super wydajny, uwierzcie, że już odrobinka wylana na gąbkę umyje nam całe ciało.
Z peelingiem znam się już od jakiegoś czasu, ale chciałam go użyć odpowiednią ilość razy, aby móc wystawić mu opinię. Dzisiaj przedstawię Wam krótką recenzję, bo wkrótce będzie bohaterem całego wpisu. Ogólnie... to go uwielbiam. To chyba najlepszy zdzierak do ciała. Super pozbywa się martwego naskórka, i jednocześnie nie podrażnia. Zapach to coś wspaniałego - pachnie najlepszą kawą. Ma sporo dodatków, jak np. olej kokosowy, więc mamy zapewnioną dodatkową pielęgnację ciała. Dostępny np. w drogerii Make skin softer i zauważyłam, że trwa na niego promocja :)


Teraz zadbamy o nasze nogi. Do tej pory byłam zwolenniczką tradycyjnej maszynki - najszybciej, najprościej, najtaniej i... najgorzej. Niestety ale golenie nóg to tragedia. Próbowałam innych metod, jak np. krem (to dopiero porażka) czy depilacja woskiem u profesjonalistów. Każda ta metoda miała niestety swoje minusy. W końcu podczas promocji w Rossmannie stwierdziłam, że sięgnę po plastry i teraz wiem, że przy nich zostanę. Oczywiście, to boli, ale daje super efekt. Dokładnie pozbywamy się włosków i mamy spokój na... 2-3 tygodnie. U siebie zauważyłam, że w niektórych miejscach włoski do tej pory nie odrosły. Niestety te plastry z Joanny są małe i musimy kupić na oko ze 3 opakowania, żeby dokładnie wydepilować nogi, ale warto.
Spray do stóp z Farmony to mój hit jeśli chodzi o pielęgnację stópek. Producent gwarantuje nawilżenie i odświeżenie. Po kilku użyciach zauważyłam, że faktycznie skóra na piętach zrobiła się bardziej miękka i delikatna, więc działanie potwierdzam. Mam kilka uwag, co do samej aplikacji. Producent mówi, aby spsikać stopę w odległości około 10cm i poczekać, aż produkt się wchłonie. Niestety przy psikaniu tworzy się piana, która spada na łóżko, podłogę, dywan, kapcie, a to co trafi na stopę wchłania się po części. Resztkę po prostu wklepuję ręką i tyle.


I moja ulubiona kategoria, czyli pielęgnacja twarzy. Tutaj chcę wyróżnić dwa produkty: płyn micelarny z Elfa Pharm, który idealnie doczyszcza naszą skórę. Nie podrażnia jej w żaden sposób, nie wywołuje dyskomfortu w okolicach oczu. Zawiera wyciąg z aloesu oraz pantenol. Pozostawia na skórze taką... tłustą warstwę. Jest bardzo wydajny. Nie zauważyłam, żeby zrobił jakąś krzywdę mojej i tak problematycznej cerze, więc jak najbardziej go Wam polecam.
Krem Bandi to mój wakacyjny hit. Małe opakowanie mieści w sobie coś świetnego. Krem super nawilża, nie zapycha, wchłania się raz dwa, sprawdza się rano i wieczorem, nadaje się pod makijaż, a przy tym jest wydajny. No bomba!

To by było wszystko jeśli chodzi o kosmetycznych ulubieńców miesiąca. Znacie te produkty? Lubicie je? Czy raczej u Was całkowicie się nie sprawdziły? Koniecznie dajcie znać :)

Pozdrawiam serdecznie!  

11:29

4 hity, 1 bubel

4 hity, 1 bubel

Hej!
Było ubraniowo, było lifestylowo, więc pora na coś kosmetycznego. Chciałabym Wam przedstawić moich czterech ulubieńców i jeden produkt, po który już z pewnością nie sięgnę. Zebrałam samą pielęgnację, bo z kolorówki nic szczególnego nie zapadło mi w pamięci. Nie przedłużam już i zapraszam do dalszej części wpisu.


Dzięki makeskinsofter.pl mogłam zapoznać się z kilkoma fantastycznymi produktami. Pierwszy opisałam Wam w tym wpisie, a teraz pora na kolejny. Jest to kolejne masło do ciała z olejkiem arganowym oraz masłem shea. Muszę przyznać, że produkt zapadł mi w pamięć po pierwsze z powodu jego zapachu. Róże czuć już po odkręceniu wieczka. Woń utrzymuje się z nami długo. Po drugie produkt świetnie spisuje się na skórze. Nawilża ją, dobrze się wchłania, sprawia, że jest delikatna w dotyku.


Podoba mi się w nim to, że nie znajdziemy tutaj konserwantów czy sztucznych śmieci. Produkt nie uczula, czy nie podrażnia skóry. Stosowałam go często po depilacji nóg i nic złego nie wyrządził.


Krem CC do włosów Oriflame trafił do mnie przez przypadek. Do testów podeszłam ze sporą rezerwą, ale już po pierwszym użyciu absolutnie mnie oczarował. Fantastycznie działa na włosy. Używam go co drugie mycie. Niewielką ilość dozuję na dłoń, a potem rozcieram po całej długości. Absolutnie nie obciąża ani nie wywołuje efektu przetłuszczonych włosów. Sprawia natomiast, że nasze pasma błyszczą, wyglądają na zdecydowanie zdrowsze. Zauważyłam też, że wzmocnił włosy. Muszę go również bardzo pochwalić za wydajność.


Krem do rąk z Biolaven uratował moje ręce po zbiorach, kiedy skóra była sucha i wyraźnie osłabiona. Już po pierwszym użyciu przyniósł mi lekką ulgę, bo skóra przestała piec. Z każdym kolejnym użyciem wyraźnie poprawiał się jej stan i teraz mogę powiedzieć, że doprowadziłam dłonie do porządku.


Mleczko do demakijażu z Sylveco kupiłam na targach Meet Beauty i tego samego dnia musiałam go sprawdzić. Z makijażem twarzy radzi sobie świetnie. Nie potrzeba go wiele, żeby oczyścić całą twarz. Radzi sobie również z makijażem oczu. Nie podrażnił ich, nie wywołał pieczenia. Jest bardzo wydajny. Razem z siostrą używamy go ponad miesiąc. Ma jednak pewną wadę, a nawet dwie. Jak dla mnie konsystencja jest trochę za rzadka. Mógłby być bardziej treściwy. Zostawia też na twarzy film, który mnie lekko przeszkadza.


I na koniec bubel. Szampon do włosów L'biotica Biovax. Jest mało wydajny. Musimy go wylać sporo na włosy, żeby zaczął się pienić. Poza tym na moich włosach wywoływał efekt siana. Wymaga też od nas odżywki, czy olejków, bo inaczej rozczesanie włosów może stanowić spory problem. Nie kupię go na pewno ponownie.


A jakie kosmetyki na Was ostatnio zrobiły pozytywne wrażenie? 

Pozdrawiam serdecznie! 

20:03

Ulubieńcy lutego

Ulubieńcy lutego

Hej!
Pożegnaliśmy się z lutym, więc pora przedstawić Wam moich kosmetycznych ulubieńców. Nie ma ich zbyt wielu, bo ostatnio trafiam raczej na produkty, które nie wzbudzają moich ochów i achów. Poza tym trafia do mnie zdecydowanie mniej nowości, bo nadal trzymam się postanowienia, że będę po prostu kupować mniej.


Najpierw produkt, który zdecydowanie zbyt późno trafił w moje ręce, czyli suchy szampon Batiste. Dzięki niemu nie muszę myć włosów codziennie i ratuje mnie zawsze, gdy trafia się niespodziewane wyjście. Wystarczy rozpylić produkt na grzywkę, przedziałek, trochę po bokach, rozsmasować, rozczesać i voila :) Muszę też przyznać, że jest bardzo wydajny. Używam go od półtora miesiąca i zostało mi jeszcze z pół pojemniczka. Jak dla mnie totalny hit!


Szampon z wyciągiem z bursztynu trafił w moje łapki jakoś w Sylwestra. Na początku myślałam, że się z nim nie polubię, bo jest bardzo gęsty i w zasadzie się nie pieni, ale to, co robi z włosami pozytywnie mnie zaskoczyło. Po pierwsze świetnie je oczyszcza, bez problemu można go spłukać, a po myciu możemy cieszyć się włosami pełnymi blasku. Wydaje mi się też, że po użyciu tego kosmetyku włosów jest jakby więcej. Co jeszcze? Wypada ich zdecydowanie mniej!


Czekoladowa paletka marzyła mi się od dawna i w końcu dostałam ją na gwiazdkę od rodziców. Bardzo podobają mi się jej kolorki, bo nadają się zarówno na dzień jak i na wieczór. Mogę powiedzieć, że w zasadzie porzuciłam już inne cienie i wracam codziennie tylko do niej.


Cienie są dobrze napigmentowane i bez problemu można je ze sobą mieszkać. Utrzymują się dość długo - cztery do pięciu godzin. Nie zauważyłam, żeby się obsypywały, co stanowi dla mnie wielki plus, bo maluję się bez stresu, że za moment przyjdzie mi wszystko poprawiać. Jej wielkim plusem jest też lusterko.


W lutym chętnie testowałam nowe maseczki i taką najlepszą okazała się być ta z Rival de Loop. Tak naprawdę jedno opakowanie jest podzielone na dwa mniejsze i starcza na dwa użycia. Często miałam właśnie problem z maseczkami, bo było ich po prostu za dużo i albo musiałam sporo produktu wyrzucić albo nakładałam na siłę, żeby tylko zużyć wszystko. Tutaj nie ma już tego problemu. Maseczka fajnie działa na cerę, zauważyłam, że po niej cera jest wyraźnie odświeżona, a koloryt skóry delikatnie wyrównany. Pochwalę także fakt, że zmywa się bez większego problemu.


O płynie do mycia twarzy marki Dla pisałam już odrębnie w tym wpisie.
Baza pod makijaż to, tak jak suchy szampon, moje małe objawienie. Na początku nie wiedziałam, czego się spodziewać, więc stwierdziłam, że zacznę moją przygodę od tańszego wariantu i padło na produkt z Bell. Powiem Wam, że odczucia mam pozytywne. Faktycznie dzięki niemu podkład utrzymuje się dłużej i zdecydowanie lepiej wygląda na twarzy. Nie wysusza jej też i nie zauważyłam, aby robił cokolwiek innego złego. Plus za wydajność!


Kosmetyki gogo z Kallosa pokazywałam Wam jakiś czas temu i niedawno zorientowałam się, że zostało mi jeszcze trochę maski do włosów. Użyłam jej dokładnie trzy razy i po każdym użyciu włosy wyglądały pięknie. Były wyraźnie odżywione i mniej negatywnie wpłynęło na nie farbowanie. Odżywka nie była droga, a spisała się na medal.

To by było wszystko, jeśli chodzi o lutowe perełki. A jaki kosmetyk na Was zrobił wrażenie? Koniecznie dajcie znać :)

Pozdrawiam serdecznie!
Copyright © 2016 Staram się ogarnąć , Blogger