Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty

22:34

Kilka przypadkowych faktów o mnie

Kilka przypadkowych faktów o mnie


Cześć! 

W związku z tym, że dzisiaj totalnie nie mam pomysłu na jaki temat mogłabym się rozpisać, pomyślałam, że przedstawię Wam dosłownie kilka faktów z mojego życia. Swego czasu takie wpisy cieszyły się dużą popularnością, bo zawsze można było wyłapać jakieś wspólne elementy i przede wszystkim poznać lepiej daną osobę. Może to być też dobry pomysł, bo bez wątpienia zmieniłam się nieco na przestrzeni tych ostatnich miesięcy. Wiem, że dla wielu osób zmiany od razu kojarzą się z czymś złym, zwłaszcza jeśli w dość dużym stopniu zmienia się osoba, którą niegdyś dobrze znaliśmy. Szczerze mówiąc sama też raczej kiepsko znosiłam te metamorfozy moich bliskich. Nagle przestawałam w nich widzieć kogoś, kim byli kiedyś. Dzisiaj już lepiej to znoszę. Chyba pogodziłam się z tym, że zmiany mniejsze czy większe są czymś nieuniknionym. I przede wszystkim nie muszą oznaczać, że nasze drogi się rozejdą. 

1. Mam problem ze słowem "przyjaciel". Kiedyś nadużywałam tego określenia i to w dodatku często w stosunku do osób, które szybko okazywały się tego nie warte. Dziś pozostaję przy "kolega/koleżanka". Dość długo szukałam bliskiej osoby, jaką często prezentuje się w filmach czy serialach dla kobiet. Wiecie, taka osoba, która wpada do nas bez pukania, otwiera sobie lodówkę i sama podgrzewa obiad. Smuciło mnie to, że sama na nikogo takiego nie trafiłam, ale potem zaczęłam też krytycznie patrzeć na ten obrazek. Ogólnie na temat "przyjaźni" i tego typu relacji chciałabym przygotować oddzielny wpis, bo dużo można tutaj powiedzieć, więc mam nadzieję, że kiedyś się do tego zbiorę. 

2. Długo nie mogłam się przekonać do polskich książek. Po pierwsze przez lektury szkolne, które do najciekawszych nie należały i w moim mniemaniu wcale nie uczyły, jak żyć. Po drugie przez pewną powieść przeczytaną z własnej woli o miłości dwójki niepełnosprawnych ludzi. Temat można by rzecz niszowy i zapewne wiele osób z góry może założyć, że poruszający serca, jednak autor przedstawił to w sposób najgorszy z możliwych. Uczynił ze swoich głównych bohaterów życiowe sieroty i porażki mogące wzbudzać co najwyżej politowanie, a przecież niepełnosprawność wcale nikogo nie przekreśla i nie skazuje na bycie słabym czy gorszym. Odstawiłam więc polską literaturę na parę lat, aż w końcu wróciłam i... uwielbiam. 


3. Przez dłuuuuugie lata uwielbiałam otaczać się rzeczami, kosmetykami i ubraniami. Rekompensowało mi to lata, kiedy na wiele rzeczy nie mogłam sobie pozwolić. Kupowałam kompulsywnie przy okazji spacerów, z nudy, dla zaimponowania, że mogę, a potem wpadłam w dziwną sieć kupowania, bo bez tego nie ma kontentu. Myślałam, że dzięki temu mój pokój czy mieszkanie wyglądają fajnie, a prawda była taka, że wyglądało tandetnie, bo większość pierdółek brałam z Pepco. Powoli, krok po kroku starałam się od tego uwolnić. Czy wyszło? Moim zdaniem jest dużo lepiej. Kupuję mniej i rzadziej, a przede wszystkim z głową, chociaż oczywiście bywają dni, kiedy nieco ponosi mnie fantazja :D 

4. Jakiś czas temu przestał mi smakować McDonald. Dodatkowo doszłam do wniosku, że jest po prostu za drogi. Zdecydowanie wolę w jego miejsce zjeść konkretną pizzę albo jakieś danie domowe. 

5. Niestety mam mocno słomiany zapał, a z drugiej strony co i rusz znajduję sobie nowe zajawki. Bardzo żałuję, że brakuje mi konsekwencji w ich realizacji, bo czuję, że mogłoby wyjść z tego coś ciekawego. Próbowałam rzeczy artystycznych, skipowania, blogowania, pieczenia, biegania i po drodze masy innych drobiazgów. Teraz głównie skupiam się na byciu żoną, mamą i trochę kobietą, bo tej sfery za nic nie chcę zaniedbać. Zauważyłam jednak, że mam tendencję do przeginania z pewnymi rzeczami. Jak coś robię to na 300%, a potem się wypalam. Znacie to? Jak ćwiczę, to zwykle bardzo często, rezygnując przy tym z całej reszty, a potem zostawiam to na długie miesiące, bo jestem zmęczona. Jak pochłania mnie yt, to też na maksa, a potem mam wstręt. Muszę się nauczyć w końcu tego złotego umiaru. 

6. Boję się nowych sytuacji. Podobno sprawiam wrażenie śmiałej, ale niestety taka nie jestem. Kiedy wiem, że czeka mnie nowe doświadczenie, to albo się wycofuję, albo przeżywam kilka dni i nocy. Nie umiem podejść do tego wszystkiego na chłodno z myślą, że będzie spoko i nie ma się czego bać. Zgaduję, że to wszystko zaczęło się w dzieciństwie, kiedy przez pewnych członków rodziny miałam wpajane dziwne zasady i myśli, które tak głęboko zostały zakorzenione, że za nic nie umiem się od nich uwolnić. Ogólnie dopiero od niedawna widzę, jak lata dziecięce wpłynęły na moje dorosłe życie i pewne wybory. 

7. Uwielbiam planować, a w zasadzie muszę planować. Bywa to czasem bardzo pomocne, ale też zdarzają się dni, kiedy ta moja mania planowania i trzymania ręki na pulsie wszystko niszczy. Kiedy nie mam planu, tracę grunt pod nogami i nie wiem, co ze sobą zrobić. Kończy się to często płaczem i wycofaniem. Pewne wydarzenia muszę mieć obmyślane z bardzo długim wyprzedzeniem, np. urodziny, święta, jakieś rocznice :) Niby fajnie, podobno dobra organizacja jest plusem, ale... wystarczy, że jeden drobiazg pójdzie nie tak, jak sobie rozpisałam i rzucam wszystko w diabły, trzaskam drzwiami i lepiej nie wchodzić mi w drogę. 


8. Od czasu do czasu wracam sobie do ulubionych bajek z dzieciństwa. Świat według Ludwiczka, Odlotowe agentki, Szóstka w pracy czy klasyki Disneya. Uwielbiam <3 Zwykle grają mi po prostu w tle, kiedy robię coś innego, ale mimo wszystko mam do nich wielki sentyment. Przypominają mi beztroskie czasy. 

9. Marzy mi się podróż pociągiem przez całą Polskę :) niby nic trudnego, ale jednak nie mogę zrealizować tego od ręki. Często sprawdzam ceny biletów w przeróżne miejsca i muszę przyznać, że są kuszące. Póki co nastawiam się na Wrocław w grudniu i już myślę, co zabrać ze sobą, żeby moje dziewczyny zniosły tą wyprawę bez większego płaczu. 


10. Nie lubię zimnego piwa :) Najlepsze jest ciepłe i lekko wygazowane <3 





09:27

Kultura za***rdolu

Kultura za***rdolu

Cześć wszystkim! 

Parę lat temu wydawało mi się, że dobrze jest dużo pracować, być wiecznie zajętym, stawiać wszystko na wieczny rozwój i zarobek, bo jak wiadomo jest to połączone, a dobry pieniądz zapewnia dobre życie. O osobach prowadzących inny styl życia myślałam, że są społecznie napiętnowane i uważane za co najmniej dziwnych, więc nigdy głośno nie przyznawałam się, że daleka jestem od tej tzw. kultury za***rdolu. Ba, czułam się dziwnie. Obok mnie ludzie walczą o nadgodziny, o delegacje, o dodatkowe pół etatu, a potem wpadają w szał sprzątania i wypełniają grafik spotkaniami i szkoleniami. Mój grafik z kolei przerażał pustką. Potem zaczęłam walczyć, starać się o to, żeby coraz częściej być zajęta, żeby nie mieć czasu, żeby gdzieś gnać i patrzeć co chwilę na zegarek z obawą, że gdzieś nie zdążę. A to z kolei przyniosło mi stres, wyrzuty sumienia, zmęczenie i okropnie natarczywe pytanie, czy coś mnie nie omija. 


Na szczęście dzisiaj coraz więcej mówi się o tym, że wcale nie trzeba prześcigać się w tym, ile godzin pracujesz. Dzisiaj głośno podkreślane jest to, że życie na niskich obrotach jest fajne i wartościowe. Ja się pod tym podpisuję. Lubię mieć dni, kiedy o dziesiątej jem niespiesznie śniadanie albo gdy wieczór spędzam z książką zamiast na mopie. Nie należę do grona osób ceniących wieczny wyścig. 
Zgaduję, że zaraz znajdą się osoby, które powiedzą, że muszą ciężko pracować, żeby przeżyć, żeby opłacić rachunki czy jedzenie w supermarkecie. Wiem! Nie przekreślam pracy, nauki czy rozwoju. Po prostu odnoszę się do samej presji ciągłego robienia czegoś, a to nie jest to samo :) Znam masę osób pracujących i po 12 godzin, które w weekendy pozwalają sobie na totalny relaks dla ciała i głowy. 


Ostatnio wspominałam z siostrą nasze dawne wypady na zdjęcia, kiedy próbowałam ją przekonać do obcykania kilku stylizacji przy okazji jednego wyjścia. Ona zwykle wspominała, że i tak nie damy rady, a ja upierałam się, że chwila moment i się uda. I wiecie co? Po drugim stroju miałyśmy dość :D Często też próbowałyśmy się wyrobić w pół godziny, bo za ten okres czasu nie trzeba było płacić za postój. Mnóstwo miałyśmy tych wspomnień i jakoś tak z uśmiechem na ustach do nich wracam. Ostatnio mogłyśmy do tego wrócić, jednak w nieco większym składzie, bo towarzyszyła nam trójka dzieci :) Trzeba spojrzeć prawdziwe w oczy, że to co było już w tej samej postaci nie wróci, ale nikt nie powiedział, że będzie źle. 


Dzisiejsza stylówka to naturalnie głównie lump. To że uwielbiam lumpy chyba wszyscy wiedzą i chociaż próbowałam już kilkakrotnie w imię zasady "kup sobie coś lepszego" przejść się po galerii i znaleźć jakąś perłę, to jednak... to nie dla mnie. Sieciówki ze swoim poliestrem i zaporowymi cenami jakoś mnie nie kręcą. Ja po prostu kocham szperać wśród wieszaków, sprawdzać składy, odkrywać nowe marki, szukać tego czegoś wyjątkowego, co będę chciała niemalże od razu założyć. 
Koszula to 100% wiskoza i nosi się ją świetnie. Czuć, że materiał oddycha i jest przyjemny dla skóry. Spódnica gości w mojej szafie od ładnych paru lat. Początkowo była ciut przy ciasna, ale udało mi się zrzucić to i owo po ciąży i muszę przyznać, że katuję ją całym rokiem. Super komponuje mi się ze swetrami, koszulami, topami i w ogóle ze wszystkim. 







Pozdrawiam Was serdecznie! 

10:31

Nieszczęsna pogoda, ulotna pamięć i lity

Nieszczęsna pogoda, ulotna pamięć i lity


 Cześć wszystkim! 

Wiosna niby zaczęła się ponad miesiąc temu, ale coś do tej pory zbytnio nas nie rozpieszczała. Zakładałam, że będę mogła śmiało odświeżyć sukienki, a póki co piorę na bieżąco spodnie, bo jednak odsłanianie nóg przy temperaturach wynoszących 8 stopni mnie nie kręci, a wręcz odstrasza. Czekam więc cierpliwie i liczę, że może w maju poszaleję ze stylówkami, spacerami i kawkami na tarasie. 

No właśnie... Taras, działka to ostatnio u nas temat przewodni. W zeszłym roku musieliśmy zaakceptować to, jak wygląda teren wokół domu, gdyż nie mieliśmy czasu ani możliwości na jakieś ikstrim mejkołwer, więc teraz powoli działamy. Mój mąż chce jak najwięcej zrobić samodzielnie, bo jakby nie patrzeć, jest to jakaś oszczędność. Idzie powoli, ale nauczyło mnie to cierpliwości. Niestety w życiu nie da się jak na rolce z Insta pstryknąć palcami i zmienić wszystkiego o 180%, na efekt potrzeba czasu. I tak jak w zeszłym roku było mi mega ciężko to zaakceptować, bo ja to raczej w gorącej wodzie kąpana, tak dzisiaj myślę sobie, że okej. 

Jeszcze do tej pogody na moment wrócę. Od kilku tygodni odczuwam wielką potrzebę wyrwania się z naszych ciasnych ale własnych czterech kątów. Zaczęliśmy więc rozmawiać o szybkim wyjeździe na majówkę, żeby nieco podładować akumulatory i wyrwać się z codziennej rutyny. No i tutaj pojawił się nasz problem pogodowy. Moja wewnętrza cebula nie wyraziła zgody na wyjazd z opcją siedzenia w pokoju z powodu ulewy. Czekamy zatem na inną opcję, która oczywiście może być jeszcze lepsza :) 

Myślę, że to może być przygoda. Wczasy z dwójką dzieci na obrazkach wyglądają słodko, rozczulająco, raczej na wesoło. No ale że obrazki to nie prawdziwe życie, to oczywiście biorę na to poprawkę i liczę, że będzie... znośnie :D Sprawdzimy najpierw wszystko na szybkim wypadzie do Solca. Kupiłam nam bilety do Jura Parku i co jakiś czas wyobrażam sobie, jak chodzimy pomiędzy figurkami tych gadów. O! Podzielę się z Wami jeszcze jedną rzeczą. Ludzie ze starszego pokolenia często powtarzają, że takie wycieczki nie mają póki co sensu, bo dzieciaki są małe i przecież pamiętać nie będą. Zadaję sobie wtedy pytanie, czy to oznacza, że mam przez najbliższe 10 lat siedzieć w domu? Faktem jest, że dwuletnie dziecko raczej nie zacznie w wieku nastoletnim wspominać tej wspaniałej wyprawy, ale... może się tam fajnie rozwinąć, poznać coś nowego, zobaczyć zwierzęta, które wcześniej oglądało w książkach czy rozwinąć nową pasję. Dla mnie same plusy. A pamięć? Ona jest ulotna. Czasem sama nie pamiętam, co robiłam wczoraj :P 

A stylówka? Prosta do granic możliwości. Bo prostota jest w cenie. Pamiętam jednak te czasy, kiedy ludzie chcieli być zaskakiwani, szokowani. 10 lat temu takie stroje by nie przeszły, bo przecież wszyscy się tak ubierają. Wtedy trzeba było nosić dużo wszystkiego, lity, szorty w krowi wzór, włochate swetry i masę biżuterii, od której człowiek stawał się 10 kilo cięższy :) 



Pozdrawiam serdecznie! 

21:24

Dobra rada? To ja podziękuję

Dobra rada? To ja podziękuję



Cześć wszystkim! 

Minęła dopiero połowa stycznia, a ja mam wrażenie, że zaraz skończymy miesiąc. Może dzieje się tak dlatego, że co nieco udało nam się w tym czasie zrobić, wprowadzić pewne zmiany i postawić pewne kroki, które mają nas zaprowadzić gdzieś dalej. Zależało mi na tym, żeby zacząć wcześniej wstawać, bo uwielbiam ciszę z rana. Jestem na takim etapie życia, że możliwości wypicia herbaty pod kocem w ciszy cieszy mnie bardziej niż nowa torebka. Żeby to zrobić muszę niestety zmusić się do tego, by wyjść spod kołdry około godziny 6. Mam wtedy dla siebie około półtorej godziny, a w jej trakcie potrafię zrobić sobie herbatę, wziąć prysznic, zadbać o twarz, uszykować śniadanie i posprzątać zabawki z podłogi (robię to tylko po to, by za parę minut znowu na nią trafiły, ale takie są uroki posiadania dwójki małych dzieci). Lubię ten czas, bo najłatwiej mi się wtedy myśli i jestem w stanie te myśli dokończyć. Ustalam sobie plan działania, skupiam się na potrzebach swoich i najbliższych i chociaż śpię krócej, mam zdecydowanie więcej energii i motywacji do działania. 


Jestem akurat po lekturze całkiem przyjemnej książki pt. "Przypadki czterdziestolatki". Do 40stki trochę mi zostało, ale i tak podeszłam do tematu z otwartą głową  uważam, że zawarte zostały w niej wskazówki i historie bliskie sercu i młodszych kobiet (do mnie totalnie trafiały fragmenty związane z rodziną i gonieniem za czymś, co nie jest warte tego, aby za tym gonić). Na pewno mogę stwierdzić, że im człowiek starszy tym mądrzejszy i jest to prawda znana nie od dzisiaj. Z wiekiem przybywa nam doświadczeń, wspomnień, momentów gorszych i lepszych, wyciągniętych wniosków, ale też samoświadomości. Dzisiaj mając lat prawie 28 mogę stwierdzić, że hasło powtarzane przez niektóre starsze osoby, aby serdecznie dziękować i przyjmować rady jest absolutnie głupie. Łączy się ono oczywiście jeszcze z powiedzonkiem, aby jednym uchem wpuszczać a drugim wypuszczać, które również uważam za idiotyczne. 


Skupię się najpierw na pierwszym i zaznaczę na wstępie, że wcale nie uważam się za osobę wszechwiedzącą, która z góry gardzi radami osób starszych. Tak NIE JEST. Wiem, że brakuje mi często doświadczenia albo wiedzy, ale umiem wtedy, gdy uznam to za potrzebne, poprosić o pomoc, wsparcie czy poradę. Serio! Ba, nie raz, nie dwa, nie trzydzieści o nią prosiłam. Jestem jednak też osobą, która chce pewne rzeczy sprawdzić sama. Co z tego, że się sparzę? Muszę, bo właśnie dzięki temu wyciągnę lekcję i nauczę się, co jest dla mnie dobre a co złe. Niestety ale dochodzę do wniosku, że za wszechwiedzące uważają się osoby dzielące się z nami radami bez wyraźnej prośby i często robiące to w sposób dość nachalny. Ba, doświadczam czasem tego, że ktoś stoi nade mną i czeka, aż zrobię tak, jak mi "poradził". Szkoda tylko, że bywają (i to często) rady totalnie nietrafione, bo to co sprawdza się u jednych, oblewa egzamin u drugich. Szybki przykład pierwszy z brzega. Szumiś - miś mający na celu uspokoić dziecko i pomóc mu zasnąć. Od kilku mam słyszałam, że nie ma nic lepszego i muszę kupić. Nie kupiłam, ale takowego misia dostałam i co? Stwierdzam, że to po prostu droga zabawka, która moje pierwsze dziecko irytowała. To oczywiście głupotka, ale chciałam tylko pokazać, że nie ma rozwiązań uniwersalnych. 


Zauważyłam, że czasem ludzie poprzez te "dobre rady" chcą troszeczkę kierować naszym życiem, a na to absolutnie nie wyrażam zgody. Tutaj też mogę podać przykład. Parę lat temu usłyszałam, żeby absolutnie nie kupować domu, bo to tylko kłopot. Dalej pojawił się ciąg dalszy, jak powinnam pokierować dalszym życiem, żeby było dobrze. Problem leży jednak w tym, że to osobie radzącej byłoby wówczas dobrze, a nie mnie. I tutaj może przejdę do reakcji co niektórych na naszą niechęć co do porad. Najczęściej jest to po prostu oburzenie, bo jak można się tak zachować, skoro ktoś tutaj z sercem na dłoni do nas wychodzi, a my tym gardzimy. Znam sporo osób wychodzących z założenia, że cały świat czeka na ich opinię i, że wręcz musi być wdzięczny za jej przedstawienie. Niestety sama nie umiem uśmiechnąć się i podziękować za nieproszony prezent. 


Bardzo nie lubię też stwierdzenia, żeby jednym uchem wpuszczać, a drugim wypuszczać albo, żeby nie słuchać. Niestety nie mam takiej umiejętności, aby wyłączać się w odpowiednim momencie. To co usłyszę, trafia w jakimś stopniu do mojego mózgu i zostaje przeanalizowane. Fakt, pewne rzeczy za bardzo mnie pochłaniają, ale taką już mam naturę, dlatego staram się, jak tylko mogę, unikać ludzi, którzy mówią zbyt dużo na niewskazane tematy. Ba, zdarza się, że przy okazji sprawiają mi przykrość. Za to jednak już autor słów nie bierze odpowiedzialności. Nie bierze też za złe podpowiedzi. Najczęściej ludzie po prostu wzruszają wtedy ramionami albo wypierają się, że coś powiedzieli. 


Trochę się rozpisałam, ale jest to taki temat, który już dawno temu chciałam poruszyć, ale coś ciągle nie było okazji. W końcu natchnęła mnie do tego Królowa Lumpeksów (w razie czego polecam profil). Ona chyba jako pierwsza pokazała mi, że na serio można nie chcieć rad i nie czuć się winnym. Ba, że można od razu zaznaczyć, że ma się z czymś problem, ale absolutnie tych rad się nie pragnie. Nie znam jej osobiście, ale mam wrażenie, że lepiej jej się tak żyje. Mnie z masą wskazówek, uwag, podpowiedzi itp żyło się lipnie, bo ciągle je analizowałam i chcąc nie chcąc szłam za nimi, zamiast postawić na swoje własne wybory. 





Pozdrawiam serdecznie! 

20:43

Coś o badaniach i letnia stylówka

Coś o badaniach i letnia stylówka


Cześć wszystkim! 

Za oknem piękna polska jesień i aż nie mogę się doczekać, żeby wyruszyć z siostrą na jakieś zdjęcia. Uwielbiałam te nasze wypady na starówkę w Płocku, w trakcie których razem dbałyśmy o to, żeby na blogu nie zrobiło się cicho. Ba, moja siostra jak nikt inny motywowała mnie, żebym nie odpuszczała. Teraz niestety jest trudniej, bo dzieli nas konkretna odległość, no i oczywiście dochodzi do tego masa innych szczegółów. Myślę jednak, że któregoś dnia ściągnę ją do siebie i zrobimy sobie dzień fotek jak za starych dobrych czasów :) 



Ostatnio walczą we mnie dwie myśli. Pierwsza to pozbycie się całej masy rzeczy z mojego otoczenia - ubrań, butów, zabawek dziewczyn, przydasiów z kuchni czy książek. Druga to z kolei... zakupy, które uzupełnią każdy kąt o nowe rzeczy. Myśli sprzeczne w 100%. Póki co nie robię nic, bo wiem, że pośpiech jest złym doradcą, chociaż generalny porządek bardzo mnie kusi. Myślę, że na serio stwierdzenie "im mniej tym lepiej" ma dużo sensu. Przede wszystkim zyskałabym przestrzeń i zminimalizowałabym możliwość powstawania bałaganu, bo u nas wcale o to nie trudno. Widzę też sama, że w sporej części ubrań nie chodzę. Wiszą i czekają na nieco lepszy czas, a ten przecież może dla nich nie nadejść. 


Mam ogólnie na jesień listę zadań do wykonania. Myślę, że w kolejnym wpisie ją Wam udostępnię i może będziemy sobie razem dawać kopniaki motywacji. Pojawiają się tam punkty związanie ze zdrowiem i dobrym samopoczuciem i dopiero od niedawna zaczęłam zwracać na to uwagę. Teraz jednak cały czas przyświeca mi myśl, że MUSZĘ być zdrowa. Mam dwie córeczki, którymi chcę się opiekować najdłużej, jak tylko dam radę. A żeby to robić, należy najpierw zaopiekować się sobą. Wam też to z całego serca polecam. Wiem, że najczęściej mówi się, że jeśli nic nam nie dolega, to po co tracić czas w przychodniach, ale niestety doświadczyłam już na własnej skórze, że warto na bieżąco kontrolować stan zdrowia. 


Niestety muszę się z Wami podzielić kiepskim doświadczeniem, skoro już na temat lekarzy schodzimy. Całkiem niedawno poprosiłam doktora o wystawienie skierowania na ogólną morfologię u Lili, a przy okazji chciałam jej zbadać witaminę C, cukier itp. Usłyszałam w odpowiedzi, że po co i, że tego skierowania nie da, bo nie widzi ku temu przesłanek. Nawet nie przypuszczacie, jak bardzo mnie to zdenerwowało. I późniejszy tekst, że po co kłuć dziecko. A no po to, żeby sprawdzić, czy jest zdrowe, bo na pierwszy rzut oka wszystkiego nie widać. Rozczarowałam się okrutnie. 


Wrzucam Wam letnią stylówkę, która oczywiście musiała się naczekać, aby trafić na bloga. Niestety nie wyrabiam się ze wszystkim na bieżąco, chociaż ogarnięcie bloga też pojawia się na mojej jesiennej liście. O dziwo pojawia się w niej tylko jeden element z second handu, a jest nim ołówkowa spódnica. Mam ją na oko rok i często noszę, bo pasuje mi i do T-shirtów i do swetrów. Rzecz uniwersalna można by rzec. Góra to bluzka złapana w Biedronce na wyprzedaży. Zapłaciłam za nią 4.50 i w sumie zauroczyła mnie nadrukiem z superbohaterkami. Powiem Wam szczerze, że jakoś dodaje mi ona energii i sprawia, że budzi się we mnie wewnętrzna wonderwoman :) 
 





14:18

Nie porównuj

Nie porównuj



Cześć wszystkim! 


Powiem Wam na wstępie, że jestem w super miejscu, jeśli chodzi o życie. Niczego mi nie brakuje i wcale nie myślę, że mogłoby być lepiej. Mam super narzeczonego (za 3 miesiące męża) i 2 śliczne córki, które pewnego dnia wyrosną na fantastyczne kobiety. No właśnie tutaj pojawia się mały problem, bo w zasadzie nie ma dnia, kiedy bym się nie bała, że zaczną być w końcu porównywane. Bardzo chciałabym, żeby tego uniknęły, bo wiem, jak niszczy porównywanie z siostrą. 

Sama przez ciocie, wujków, sąsiadki byłam zestawiana z siostrą i niestety głównie chodziło o wygląd. Często słyszałam, że moja siostra jest szczuplejsza, ładniejsza, bardziej przebojowa, że na pewno będą się za nią oglądać wszyscy mężczyźni na ulicy, że powinna być modelką i inne tego typu komplementy. Uwierzcie, że dla dziewczynki zaczynającej gimnazjum stanowiło to niemały cios, bo... we wszystkim wypadałam gorzej. W naszym duecie to mnie natura trochę pokrzywdziła, bo walczyłam z kilogramami i trądzikiem. Dodatkowo raczej nie lubiłam się wychylać, a te komentarze nie dodawały mi odwagi. 


Potem role się trochę odwróciły, bo to ja zaczęłam być chwalona za zaradność i odwagę. Nie wynagrodziło mi to jednak czasu, kiedy miałam żal (uwaga!) do siostry za to, że to ona zgarniała ciepłe słowa wtedy, kiedy ja tego najbardziej potrzebowałam. Niestety ale bliscy niebliscy sprawili, że poczułam żal i niechęć do niewłaściwej osoby. Teraz, kiedy jestem starsza i mam inne spojrzenie na mnóstwo rzeczy, widzę, że porównywanie i zestawianie dwóch osób jest tak głupie, że w głowie się nie mieści. Każdy z nas jest inny i ma prawo mieć swoje mocne i słabsze strony. Porównywanie to największa głupota, jaką można popełnić. Powtórzę słowa Zeusa, że ludzie to kwiaty i każdy inaczej kwitnie. 


Nie wiem, kto i kiedy dał nam prawo do decydowania, co jest lepsze i gorsze, co ceni się bardziej, a co mniej. I jako mama mam wielką nadzieję, że moje córki unikną tego, bo jednak społeczeństwo z każdym kolejnym pokoleniem uczy się, że pewnych rzeczy nie można robić, bo krzywdzą. Są to lekcje wyciągnięte z własnych i często przykrych doświadczeń. Nie chcę, żeby Lila i Dalia chowały do siebie urazę, bo jakiś idiota dał im łatki "ładniejsza", "szczuplejsza", "bardziej przebojowa", "mądrzejsza" czy jakakolwiek inna. 




Pozdrawiam serdecznie! 

Copyright © 2016 Staram się ogarnąć , Blogger